czwartek, 31 lipca 2014

Zagubiona sowa, prefekci, podróż czyli wreszcie do domu

- Wreszcie do domu! – krzyknęła Ruda wchodząc do przedziału. – Nawet nie wiecie, jak się cieszę.  Hogwart chyba, przez te dwa miesiące o nas zapomniał. – zaśmiały się. 
- A gdzie reszta ferajny?- spytała Dorcas sponad gazety.
- Pewnie gdzieś się włóczą. – odparła Ann, która jadła(?!).
- Kochanie jesteś chora? – spytała Alice
- Nie, czemu?
- Bo ty jesz. A przez te pięć lata, w drodze nie jadłaś nigdy. A w zamku, zjadałaś śniadanie, trochę czegoś na obiedzie. A na kolacji pojawiałaś się od wielkiego święta.
- Aaa… No faktycznie.  Bo widzicie. Przed przyjazdem do Rudej,  byłam u babci, a ona tak pysznie gotuje, że się przyzwyczaiłam… Pamiętacie? Te babeczki na imprezie w wakacje to jej – Na wspomnienie tych pyszności każda, aż zrobiła się głodna.
- Jaka impreza?! – ktoś krzyknął i nagle, na fotelach po drugiej stronie przedziału, pojawiło się ¾ huncwotów i Frank Longbottom -  Dlaczego my o niej nic nie wiemy?! – powtórzył Syriusz.
- Po pierwsze nie wiem, przecież wysłałyśmy sowę, a po drugie… dlaczego się chowaliście?
- Nie gorączkuj się Rudzik. To było dla hm… rozpoznania terenu.  – uśmiechnął się Potter i zmierzył ją spojrzeniem – Pięknie wyglądasz… Sexi…
- Chciałabym to samo powiedzieć o tobie, ale nie mogę – Chłopak ją zignorował
– A co do sowy, to żadnej nie dostaliśmy – Ann wstała i zawołała.
- Trella! – sowa od razu, pojawiła się na jej ramieniu. – Dałaś list temu imbecylowi? – Zagruchała, że nie. – Czemu? – Po jej odpowiedzi zaczęła się śmiać.
- No, i co ci powiedziała?
- Więc, mój drogi Lunatyczku, ta o to sówka zamiast od razu polecieć do was, gdy przywiązałam do nóżki listy, zobaczyła czekoladki. Zasmakowały jej. Tyle że były, nasiąknięte Ognistą. Przez to przeleżała całą imprezę w zlewie, w kuchni. – powiedziała poważnie.
Niestety nikt nie był tak wytrzymały.  Wszyscy trzymali się za brzuchy i śmieli.  Dziewczyny poopierały się na sobie, a chłopcy leżeli na podłodze.
- A ja myślałam, że jakiegoś mugola zmieniłam w sowę. Wstydź się! – warknęła wciąż uśmiechnięta Kolorek.
- Dobra. Rozwiązaliśmy sprawę zaginionych listów – starał się spokojnie mówić Frank – Więc co dalej robimy? Mamy jeszcze 3 godziny drogi!
- No ja i Evans idziemy do przedziału prefektów – Lilka, aż się zakrztusiła.
- Przepraszam? Czy ja dobrze słyszałam? James Potter, największy rozczochraniec i największy Huncwot, został pre- prefektem? Czy Dyrektor postradał zmysły?
- No chyba tak. W końcu Ciebie też wybrał na to stanowisko.
- Tylko jest między nami jedna różnica, Potter. Ja nadrabiam wszystko pięknym uśmiechem. A ty?  - zlustrowała go wzrokiem- Upss... nie masz czym. – Z satysfakcją na twarzy wyszła z przedziału, ale zdążyła  usłyszeć śmiech Ann i krzyk Lupina. „Pocisnęła Ci jak nigdy.”
Gdy weszła do przedziału, została powitana przez Puchonów oraz Krukonów. Natomiast drodzy Ślizgoni (jak zwykle), zaczęli do coś tam gadać na temat szlam.
- Malfoy. Jeżeli ci życie miłe, to oszczędź sobie tej gadki. Ja rozumiem doskonale. Poszedłeś do Hogwartu o cztery lata za późno, możliwe że wyśmiewali cię, a ty chcesz się teraz odegrać, na nic nieznaczących szlamach. Weź na luz, co? – Usiadła na swoim miejscu i z radością patrzyła, jak robi się czerwony. Wyjął różdżkę. Patrzył na mnie z nienawiścią.
- Drę…
-Expelliarmusszepnęła i stracił swoją piękną, wężową tyczkę.  – No matko! Ostrzegałam! – jęknęła, a wszyscy wybuchnęli  śmiechem. 
- To może zaczniemy. – Odezwał się Prefekt Naczelny, który miał pewne trudności z opanowaniem.  – Doszli nowi prefekci.  Do Slytherinu – Regulus Black. Do Huffpleffu – David Cruger . Do Ravenclawu – Scarlett Moore. A do Gryffindoru – James Potter. Gdzie Potter? – Popatrzył znacząco na zielonooką.
- No co? Znowu na mnie? Tym razem przysięgam, że to nie ja. Kai uwierz.
- Po prostu… Po prostu przekaż mu wszystko.  Wracając. Każda para Prefektów, będzie miała przydzielone dyżury po zamku. I żeby nie było nie jasności. Nie ma zmian partnerów.  Także, dodatkowo, dowiedziałem się, że będziemy mieli nową nauczycielkę. Od OPCM-u. Jest to Mary Oldich – Dziewczyna skądś znała to nazwisko, lecz nie zaprzątała swojej ślicznej główki, żeby o tym myśleć. Gdy Kai skończył od razu pobiegła do przyjaciół.
- Rogacz, a czemu nie było Cię, na zebraniu? Zostałam posądzona o zabójstwo!
- A kogo zamordowałaś?
- Ciebie, kochanie – mrugnęła  słodko. 
- No to mów, mów. Co zmalowałaś, że aż tak powiedzieli?
- No właśnie o to chodzi, że nic. Wymieniali nowych prefektów, a ciebie nie było. No to myśleli, że przeze mnie. -  A już praktycznie na sam koniec jej wywodu  wrócił Glizdunio ze Scarlett.
- Hejcia! Łapko, przyjmiesz Dorcas na kolanka? A ty Anę Lupinku? Franka nie ma co się pytać, bo już to robi. Glizduś usiądziesz na krzesełku, obok Pottera, a my ze Scar położymy się po ludzku! – pogoniła wszystkich Evans. Tą piękną, zielonowłosą dziewczynę zna od… czternastu lat. Do dużo czasu. W szkole już się przyjęło, że albo ona je u Krukonów, albo Scar u Gryfonów. Nikt się nie wtrąca i jest pięknie.
- Pirszoroczni! Piroszoroczni! Za mną! – Krzyczał Rubeus Hagrid , gdy już się wymęczyli w jednym przedziale i dojechali na stację.
- Witaj Hagridzie!
- Dziewczyny! Cholibka, jak wy wyrosłyście!  A gdzie reszta?
- Gdzieś z tyłu.
- Z bagażami.
-Zgubili się.
-Psocą.
- W Hogwarcie.  – Odpowiedziały  po kolei.
-  Jak to? W zamku?
- Tak. Przecież to Huncwoci. I Frank. – uśmiechnęła się Alice. – Z nimi nic nie wiadomo.
- Ale mam nadzieję, że odwiedzicie mnie w tym roku? A teraz przepraszam. Muszę ogarnąć dzieciaki.
- Oczywiście. Rozumiemy.  – znalazły ostatni „wolny” powóz i rozsiadły się.

wtorek, 29 lipca 2014

2. Spacer, Voldemort, zapomnienie czyli wycieczka przed King's Cross

Był piękny, słoneczny dzień. Lily Evans vel Wiewióra  wraz z jej przyjaciółkami – Ann Nordis vel Annie -piękną blondynką o niebieskich oczach, Dorcas Meadowes vel Dor –brunetką z zielonymi oczami, oraz Alice Larsson vel Kolorek – naturalną szatynką, ale  że jest metamorfomagiem, codziennie miała inny kolor włosów, tego poranka miała niebieskie. – siedziały w kuchni rudowłosej i jadły śniadanie.  Szesnastolatki, właśnie tego dnia, wracały na szósty rok do Hogwartu - Szkoły Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie
- Dobra! Przebieramy się i jedziemy na King’s Cross.  – zarządziła Larsson. Była ona bardziej zorganizowana niż Lilka, gdyż dwa tygodnie temu, obwieszczono że jej matka. -  Kate Evans, ma raka mózgu i nie ma szans na wyleczenie.
Przez ten czas dziewczyna, zmieniła się nie do poznania. Zaczęła nosić wyzywające stroje, pyskowała wszystkim jak leci.
- Mhm… A tak właściwie… to czemu, nie możemy przenieść się do Hogsmade, a później zwyczajnie przejść do szkoły? – spytała rudowłosa.
- Bo tak. I już. Spadaj na górę się ubrać.
- Dobra, już dobra.  Nie wpieniaj się tak. – Wybiegły z kuchni.
Po dziesięciu minutach Lily była już  ubrana w krótkie spodenki  i zieloną bluzkę na ramiączka. Nie chciało jej się czekać na dziewczyny, więc napisała im liścik.

„Będę na King’s Cross, na czas. Idę się przejść. Weźcie mój kufer.
Rudzik”
Założyła czarne pantofle i ruszyła.  Szła przez opuszczone ulice, aż nagle usłyszała krzyk. Wyjęła patyk, zwany przez wszystkich różdżką, a następnie ruszyła biegiem.
- I co teraz? – spytał Avery,  Śmierciożerca i jednocześnie Ślizgon. – Mamusia i tatuś nie pomogą?
- Pieprz się! – warknął chłopak. „Przecież to nie możliwe” – myślała gorączkowo dziewczyna.
- Och... Potter, Potter. Nas jest pięciu, ty jeden, dodatkowo bez różdżki. Dołącz do nas, a puścimy cię wolno.
-Spieprzaj. Mam powtórzyć? – splunął mu pod nogi
- Crucio! – Krzyknął, a James zaczął wykrzywiać się we wszystkie strony. Zielonooka ledwo opanowała krzyk. „Nie będziecie krzywdzić  MOJEGO Jamesa padalcy”   Zaczęła rzucać w Ślizgonów  zaklęcia niewerbalne, wcześniej rzucając na Siebie zaklęcie kameleona.
- Spadamy! – krzyknął Malfoy. Zniknęli.  Podbiegła do chłopaka, jednocześnie zdejmując z siebie czar.
- James… James…
- Lily? Ja śnię… Albo jestem w niebie.
- Nie wymyślaj już tyle.  – Uśmiechnęła się, bo wiedziała, że  jest już bezpieczny. Pomogła mu wstać.
- Skąd się tu wzięłaś?
- Mieszkam niedaleko. Szłam na spacer i usłyszałam Twój krzyk… Cieszę się, że nic ci nie jest…
- Lily… ja…
- Och... jak pięknie… - Przed nimi pojawił się sam Lord Voldemort. – Jak czuło. No niestety to koniec.
- Przepraszam? Po co ci to?
- Och… Nie czytasz Proroka? – zdziwił się zabójca.
- A po co? Same tam głupoty – Więc zaczął jej opowiadać o co mu chodzi, a ona w ten czas zawiadomiła Dumbledore'a, który od roku jest dyrektorem w Hogwarcie.
- Koniec. Do widzenia Jamesie i Lilianne. - Podczas gdy on wypowiadał piękne słowa śmierci, dziewczyna odważyła się wyznać prawdę chłopakowi w okularach.
- Kocham cię. – I lekko pocałowała.
- Ja Ciebie też… - Uśmiechnął się szczerze. Teraz, w obliczu śmierci, był najszczęśliwszy. Wiedział, że na zawsze połączy się ze swoją ukochaną.
- Avada Kedavra! – Mężczyzna* przeżył szok. Zaklęcie się od nich odbiło. Zaraz pojawił się Dumbledore i aurorzy. Po krótkiej, lecz poważnej rozmowie, „rycerze okrągłego stołu” (czyt. aurorzy) usunęli pamięć młodych. Jak gdyby nic, się nie stało.
Lekko oszołomiona Ruda teleportowała się na stację.  Pociąg już tam stał, więc postanowiła poszukać swoich przyjaciółek.
* Według tego co czytałam, on na razie jest człowiekiem, a później będzie fuuuj... bleee...

niedziela, 27 lipca 2014

1. Huncwoci i Huncwotki razem, czyli początek opowieści...

16-letni Harry siedział w salonie wraz z Dursley’ami.  To był pierwszy taki wieczór od dłuższego czasu.  Nagle zadzwonił dzwonek do drzwi. Petunia poszła otworzyć, a za nimi stał Syriusz Black.
- Dzień Dobry. W czym mogę pomóc? – spytała kobieta.
- Mogę wejść? – spytał grzecznie.
- A kim pan jest?
- Nie poznałaś Mnie Szkapuś? – jego cwany uśmiech wbił w ziemię rozmówczynię.  Teraz go poznała. To był przyjaciel jej siostry.
- Ach… Wchodź – przepuściła go do salonu.
- Nic tu się nie zmieniło... – westchnął
- Syriusz! – krzyknął Potter i zawiesił mu się na szyi. – Co ty tu robisz?
- Mam dla Ciebie niespodziankę. Mogę zabrać chrześniaka?
- Tak. Oczywiście – powiedział Vernon ze strachem w oczach.
- Harry idź się spakuj. Nie wrócisz już.
- Wrócę w czerwcu?
- Nie. W ogóle.
- Jak to?! – krzyknęły cztery osoby.
- Normalnie. Harry idź. My sobie porozmawiamy  -  Rozsiadł się wygodnie na kanapie i zaczął opowiadać rodzince swoich przyjaciół, o niespodziance. Oczywiście pominął kilka ważnych kwestii. Ale to norma. Black był za bardzo roztrzepany.  – Gotowy? Idziemy. Do niezobaczenia – Wyszli, wsiedli na motor mężczyzny i polecieli do Kwatery głównej. Podczas lotu, Wymienili jedynie cztery kwestie.
- Ta niespodzianka to osoba czy rzecz?
- Osoby.
- Ile ich będzie?
- Cztery. – młody czarodziej cały czas myślał, kto to będzie. Nawet przeszła mu irracjonalna myśl, że może to jego rodzice, ale szybko wyrzucił to ze swojej głowy.  Wyskoczyli z kabiny i po wypowiedzeniu kilku zaklęć stali przed wielkim domem przy Grimmauld Place 12
- No cześć Harry! – przed nim pojawili się bliźniacy.
- Cześć… - Nie zdążył dokończyć, bo Ginny się do niego przytuliła.
- Chodź. Wszyscy czekają. – wyszeptała i poprowadziła go w głąb domu. Weszli do salonu, a tam przy stole siedzieli między innymi: Remus Lupin, Nimfadora Tonks, Rubeus Hagrid, Severus Snape, Minewra McGonagall, Alastor Moody, państwo Weasley z dziećmi oraz reszta Zakonu Feniksa.
- Witaj Harry – przywitał go Albus Dumbledore – Usiądź, proszę.  A Wy możecie zaczynać – kiwnął głową na czwórkę ludzi, stojącą w drzwiach.
- Ekhem…  To ja zacznę – odezwała się piękna blondynka z niebieskimi oczami - Chodziłam do szkoły, do rocznika wraz z Syriuszem i Remusem. Byliśmy w Gryffindorze. Mam na imię Dorcas. Jestem chrzestną  Harrego oraz… żoną Syriusza – Uśmiechnęła się do owego mężczyzny.  On bez słowa ją przytulił. – Panie profesorze?
- A tak, już – Machnął różdżką, a przed nimi stanęła, dość wysoka, czarnowłosa kobieta z ciepłym uśmiechem i szarymi oczami. – Ann? – Na to imię Lupin podniósł wzrok- Może teraz ty?
- Tak jak Dorcas byłam w roczniku i domu chłopaków – zaczęła powoli kobieta z czerwonymi włosami i takimi samymi oczami. – Z Dor mieszkałyśmy w jednym dormitorium   – chwilę się zawahała, ale dokończyła – Mam na imię Ann. Mówili do mnie Annie lub Kicia. – Nie pozwolono jej dokończyć, gdyż były nauczyciel OPCM-u, porwał ją w ramiona.  – Tęskniłam.
- Ja też. Nawet nie wiesz jak bardzo  – Dumbledore znów kiwnął patykiem i  piękna pani Czerwień, stała się blondynką o niebieskich oczętach.
- No i zostaliśmy my – Odezwał się blond włosy  mężczyzna o szarych oczach, podchodząc wraz z żoną do stołu. – Tak jak dziewczyny i chłopaki byliśmy w Gryffindorze. Łapa, Lunatyk. – kiwnął do chłopaków-  Witam pani profesor. – uśmiechnął się pięknie do McGonagall. – Napsuliśmy pani troszeczkę nerw. No ale cóż.  Bywa.
- Do rzeczy… - warknęła stojąca obok niego czarnowłosa.
- No już kochanie. Według wszystkiego zginęliśmy, tak jak i dziewczyny. No, ale żyjemy, mamy się dobrze…
- Skończ. Ja dokończę. Panie, panowie…
- Smarkerusie… - dokończył mężczyzna
- Rogacz! To jest resztka Huncwotów. – wskazała na Black’a, Lupina i mężczyznę stojącego koło niej -  Ja, Ann i Dor to resztka Huncwotek.  Jestem Lily Potter, a to mój mąż – James Potter.  – szepnęła i po kolejnym ruchu Albusa, stanęli przed stołem, przystojny brunet z brązowymi oczami i piękna kobieta o rudych włosach i zielonych oczach.
- To jakieś żarty? – spytał ich Harry
- Nie, słonko. – chłopak uśmiechnął się do nich i mocno przytulił. – Kochamy cię – wyszeptał James.
-  Ja Was też.  – Każdy chciał uścisnąć nowo przybyłą czwórkę. Hagrid tak się wzruszył, że Molly musiała dać mu obrus do nosa.
- Ej.. chwilunia! Wróć! – zaczął George, patrzą na Freda – „Panowie Lunatyk, Glizdogon, Łapa i Rogacz
Zawsze uczynni doradcy Czarodziejskich Psotników Mają zaszczyt przedstawić MAPĘ HUNCWOTÓW
” – wyrecytował – Panowie. Jesteście wielcy – I wraz ze swoim bratem nisko się ukłonili, czym wywołali ogólną wesołość.
- A czemu się ukrywaliście? – spytała Nimfadora, która była smutna, gdyż Remus zaczął jej się podobać. Tera wiedziała, że nie ma szans
- To długa historia... – zaczął Dyrektor szkoły.
- W skrócie – Dor postanowiła opowiedzieć – Jakby Voldzik nas zabił, to byłoby kiepsko. A tak to w ostatniej chwili Nas uratowano. Jeździliśmy po świecie i szukaliśmy Naszych zwolenników. Znaleźliśmy te… no… jak to było? Te w co Lordzik, zaklął swoją duszę.
- Horkruks ?
- O tak! Dzięki Ron. Znaleźliśmy, zniszczyliśmy, nawet Nagini łatwo się dała! Lecz niestety on istnieje. I myślimy, ze ma jeszcze jakiegoś, ale nie wiemy co nim jest.
- Nie co. Tylko Kto. Harry – Powiedziała Hermiona, która schodziła z góry.
- Mój syn. Horkruksem. Muszę usiąść. – Lily zrobiło się słabo. Ale zaraz wstała i zaczęła wymyślać. – Nie. To nie on. Zaraz…  Odbiło się od zaklęcia.  Ma bliznę.  Ale kiedy to się zaczęło…  Przed King Cross…  Już wtedy planował…
- Lily? Co się dzieje?
- Ann…  Wycieczka przed Szóstym rokiem… 
- Panie wybaczą, ale skoro... - zaczęła Hermiona
- Mów nam po imieniu - Uśmiechnęli się przybyli.
- Dobrze... Skoro ty Lily żyjesz, to tak naprawdę zaklęcie nie odbiło się od Harrego i nie weszło w niego.
- To jak w takim razie wytłumaczysz, że on widział te wszystkie potworności, Granger?
- Mam imię panie profesorze to po pierwsze, po drugie... Sami-wiecie-kto myślał, ze Harry jest Horkruksem i mógł wysyłać te wiadomości do niego, tak jak to zrobił z panem lub mną czy Ronem.
- Profesor McGonagall… czy jest możliwość, że on to zaplanował? - Spytała wciąż roztrzęsiona Lily
- Jest. Już wcześniej chciał Was zabić.
- A może tak od początku? – zasugerowała Hermiona.
- Tak. Ale niech nikt nam nie przerywa. To nie będzie w niektórych momentach miłe… - Syriusz uśmiechnął się krzywo wciąż przytulając żonę.
-  Był rok 1976…

---------------------------------------------------------------------
No więc Marzenka ma nowy pomysł!! Dlatego musiałam popoprawiać rozdzialiki ;)

Syriusz żyje! Tak, tak. A wiecie czemu? Bo moja główka ma 1000 pomysłów na sekundę i okazało sie, że Black odbił się od ściany i wszyscy myśleli, że nie żyje. A jak wszyscy źli się aportowali to on się podniósł :D

sobota, 10 maja 2014

Marzenka i Tyna ze Slytherinu

Hej!
Zwę się Piernicek. 
Na imię mam Marzena. *idziemy topić Marzenkę!**Glonojady mylą z Marzanną -,-*
Jestem ze Slytherinu. *tak trochę Gryfonką, ale Zgredek jeszcze ją przekabaci do końca na Ślizgońską stronę mocy*
Co lubię? Pieski, muzykę, książki, słodycze, no i oczywiście HP i Huncwotów!*Tvd, to moja moc, a Delena mnie podnieca... znaczy... Eee... mam gorączkę...*
Co mnie zainspirowało do rozpoczęcia pisania? Chyba moja przyjaciółka, była przyjaciółka…
Piernicek


Cześć. Hallo. Guten Tag. Hello. Hi. Ola. Ahoj! *gdy już przywitała się we wszystkich językach*
Jestem sobie Zgredek. *mówią na mnie też Voldemort*
Na imię mi Tyna *no ogólnie, to Martyna, ale nie wymawiajcie tego imienia!**Jak ktoś powie, to groźniejsza niż Voldzio...*
Jestem ze Slytherinu *nie wiem czemu, ale zawsze wolałam Gryfifindor, ale teraz jestem całym sercem ze Ślizgonami**Ja też, ale wiecie Ślizgoni np. Draco to Mr. Mrrrr....
Co lubię? Uwielbiam słuchać dobrej muzyki, wchodzić w magiczny świat książek, siedzieć na parapecie w środku nocy i gapić się bezmyślnie w gwiazdy, latać w deszczu na dworze, chodzić zimą bez kurtki *a potem wiosną "Ale zimno" i mam kurtkę nawet w klasie*, seriale typu TVD, zwierzęta, nasz kraj *chociaż ci wszyscy politycy go pieprzą**No, ale dzięki nim możemy wygrać Eurowizję*, język angielski i historię. Kocham sagę "Harry Potter" i wszystkich bohaterów *no może z wyjątkiem Rona, ale to tam szkopuł...**Witam w klubie*, bo wprowadzili do mojego życia wiele nowych doświadczeń i nauczyli czuć coś więcej niż sympatię do jakiejś gwiazdy telewizyjnej. To właśnie przy tej książce roniłam pierwsze łzy, a potem płakałam przy każdej możliwej wzruszającej scenie. To właśnie dzięki J.K.R. zżyłam się z każdym bohaterem.
Co mnie zainspirowało do rozpoczęcia pisania? No oczywiście, że Piernicek *na tym blogu, oczywiście* *Oj bo się zarumienię :P*
Rozpisałam się cholernie i to strasznie niekulturalnie, zważywszy na to, że Marzenka napisała tak maleńko ;p
Zgredek

Jednak zanim przeczytacie...
Ten blog jest w 100% procentach wymyślony przez Piernicka *Zgredkowa tu chyba chiwlowo, aż nasza kochana się rozpędzi*. Huncwotki także są stworzone przez Marzenkę. Jeśli na innych blogach są, to czemu nie może być ich tu? Bo widzicie... Nasz kochany Piernik ma na pieńku z królową Rowling. Ona wpadła na pomysły ze śmiercią Syriusza, Jamesa, Remusa, Petera i Lily, a Marzena ich kocha, więc wiecie... Pomysł się zdrodził i blog również :)